Zajadanie problemów

Najważniejsze w jedzeniu jest to, by służyło ono naszemu organizmowi. Jeść, żeby jeść mogą sobie krowy na pastwisku, a i one muszą uważać, żeby nie przesadzić.
Ile razy zdarzyło się ci jedzenie mechaniczne? Wkładałaś do ust kolejne kęsy jak kartofle do worka  bez dna – bezmyślnie i niekontrolowanie. Ile razy nie zastanawiałaś się nawet nad smakiem? A przecież jedząc powinniśmy się delektować tym, co na kubkach smakowych. W końcu smak, zapach, konsystencja to bardzo ważne dodatki do jedzenia, w przeciwnym razie wystarczyłyby piguły. Łyk z przechyłem głowy do tyłu i woda do dna. Jak na filmach.
Jeśli więc jesz bez zastanowienia, to prawdopodobnie zmuszają cię do tej czynności emocje. I tu problem staje się bardziej złożony, bo trzeba sobie dokładnie zdać sprawę kto i co te emocje wywołuje i jak inaczej poradzić sobie z nimi bez zgubnego nawyku „zajadania problemu”. :)

Tłusty czwartek w piątek

Tłusty czwartek nie był chudy, więc spuściłam na ten dzień zasłonę milczenia. Planowałam  zjeść jednego pysznego pączka od Bliklego, bo przeczytałam w necie, że będzie je można kupić na jednej ze stacji benzynowych, która jest akurat rzut beretem od naszego domu. Niestety, okazało się , że i owszem, na trasie z Warszawy firmowe pączki były, ale u nas nie.  :(
Zjadłam więc jakiegoś gniota, po którym mnie gniotło pod żebrem i w ramach rekompensaty, za straty moralne, talerzyk faworków. Solidny talerzyk. No, dobra – talerz.
Od dzisiaj miało być już znowu dietowo, ale nie dałam rady i skusiłam się na ciastka. No i… dupa (znów urośnie, znaczy)..

Iweta

Nauczmy się przyjmować komplementy

Nadwaga, otyłość, kompulsywne podjadanie sprawiają, że wiele tracimy we własnych oczach. Nikt nie cieszy się ze swoich słabości, a codzienne oglądanie  niedoskonałego odbicia w lustrze sprawia, że jesteśmy dla siebie surowsi niż inni. Cierpi na tym nasze poczucie wartości, które generuje różne zachowania. Bardzo często nie potrafimy przyjmować miłych słów o sobie. Wydaje nam się, że są one  na wyrost i, że nie zasługujemy na nie.
Warto popracować nad poczuciem wartości, a w zanadrzu mieć zawsze gotową odpowiedź na komplement np. Poprawiłaś mi nastrój swoimi słowami. Bardzo dziękuję. Sprawi to, że obydwie strony nie będą się czuły zakłopotane :)

Iweta

Żeby dolecieć do celu

Kiedy się odchudzamy bardzo ważna jest postawa naszego najbliższego otoczenia. Jeśli mąż kpi z żony, nie wierzy w jej sukces, a zamiast wspierać  przynosi do domu smakołyki i je na oczach wygłodniałej kobitki z durną miną i złośliwym chochlikiem w gałach, to trzeba go kopnąć w cztery litery i uświadomić,  jaki jest wredny :)
Osoba, z którą jesteśmy powinna wiedzieć, jakie zachowania nas denerwują,  jakie deprymują, a jakie sprawiają, że rosną nam skrzydła, na których na pewno dolecimy do celu. Dlatego zawsze warto o tym porozmawiać. W końcu jedni lubią chwalenie każdego najmniejszego sukcesu, inni preferują docenianie w zupełnie odmiennej formie, a jeszcze inni wolą pilnowanie  i pozwalają na wyrywanie sobie  z ust niedozwolonych pokarmów jak butów ze szczenięcego pyska. Zatem rozmawiajmy, uprzedzajmy, prośmy, a  na pewno będzie nam dane ;)

Iweta

Myśli jak głodne psy

Dzisiaj miałam pierwszy kryzys, który mam nadzieję pogoniłam tam, gdzie wrony zawracają. Czasami przychodzą człowiekowi do łba takie upierdliwie kąsające myśli. Wtedy traci się cały entuzjazm i zaczyna wątpić czy tym razem się uda. No bo było już tyle prób odchudzania, tyle sukcesów, które w efekcie zakończyły się klęską. Dlaczego tym razem ma być inaczej?
Bo JA tak  CHCĘ. A jak chcę, to przecież mogę osiągnąć wszystko, zwłaszcza, że plan odchudzania mam naprawdę dobry. Już przyniósł fantastyczne skutki, więc w przyszłości będzie jeszcze lepiej. No przecież sama czuję, że nie jest mi  tak ciasno w jeansach jak tydzień temu, a kurtka wreszcie swobodnie się dopina. Jest dobrze, czemu ma być gorzej? BĘDZIE TYLKO LEPIEJ :)

Iweta

Dwa kęsy dyspensy

Czy czasami „chodzi”za wami jakaś potrawa? Za mną najczęściej „łażą” dobre ciasta, a już w szczególności te, które sama piekę. Lubię to robić, a  wymyślanie autorskich przepisów sprawia mi niebywałą frajdę.
Ale jak tu piec, gdy sami jesteśmy na diecie? Mało która jest do tego stopnia masochistką, by z pasją robiła coś, czego nawet nie spróbuje, a jedyną nagrodą (a w takim wypadku karą) będzie  patrzenie się na zadowolone miny domowników czy przyjaciół zajadających się dziełem.
Skoro jednak  mądrzy ludzie, którzy znają się na odchudzaniu twierdzą, że najważniejsze są dwa pierwsze kęsy, bo to właśnie wtedy twoje podniebienie ze wzmożoną siłą docenia smak i konsystencję potrawy, dlaczego nie spróbować dwóch kęsów tego, co lubimy? Zakazy zawsze powodują bunt organizmu i nasilone objawy pożądania. Zatem  dwukęsowa dyspensa nie wpłynie na wyniki odchudzania, a świadomość, że „możemy” coś zrobić i to my decydujemy w jakiej ilości, sprawia, że czujemy się ludźmi wolnymi. Nawet będąc na diecie :)

Iweta

Kopniak we własny zadek

Dzisiaj kolejny spadek – wagi a nie formy, na szczęście, choć tak prawdę mówiąc moja forma nie powala,  wręcz przeciwnie – raczej brak jej powala mnie. A to dlatego, że należę do gatunku ssaków lądowych, które mają nabyty (i to nie w drodze ewolucji) ruchowstręt paranoidalny. Dostaję paranoi kiedy ktoś mi mówi o siłowni i bezmyślnym wykonywaniu tych samych ruchów. Bezmyślnie to ja mogę wcinać czekoladę z orzechami. Chociaż nie, jednak przy orzechowej kombinuję, żeby wyjeść jak najwięcej orzechów. Tak, tak,  moja nadwaga wzięła się z podjadania słodyczy i wożenia tyłka we wszystkie możliwe miejsca.
Co więc zrobić z tą niechcianą przypadłością przynoszącą tak zgubne skutki? Zamontować na stałe fotel w samochodzie tak, żebym nie mogła się zmieścić dopóki nie schudnę? Napisać na siebie donos na policję, że jeżdżę pod wpływem środków odurzających jakimi są dla mnie słodycze? A może po prostu zacząć trenować kopniaki w dupę (własną), żeby ją jednak tu i ówdzie ruszyć? ;)

Iweta

U cioci na imieninach

Kiedy jesteśmy na diecie największy problem  sprawiają  (przynajmniej mnie) spotkania  towarzyskie, na których coś się ustawicznie je. Nie cierpię chodzić na imprezki podczas akcji „zaciskania paska” i to nie z powodu jedzenia, które kusi pachnąc jak jasna cholera, ale z powodu ludzi, którzy non stop namawiają do zapychania ust czymkolwiek, byle dużo gabarytowo. Generalnie mam na to gotowy zestaw odpowiedzi:

Dziękuję, zjem później (choć wiadomo, że owo „później” nie nastąpi).
Na razie dziękuję.
Dziękuję, jeszcze chwilkę poczekam.

Niestety, ludzie są tak namolni, że nie spoczną póki nie nawalą ci na talerz żarcia w ilości przekraczającej pojemność małego koryta. I co wtedy robić? Dziobać przez cały wieczór i zostawić rozgrzebane czy od razu walnąć michą w dręczyciela i mieć z głowy imprezkę i wszystkie inne do końca życia, bo Cię już nikt więcej na żadną nie zaprosi? ;)

Iweta

Mam już pierwsze efekty

Dzisiaj kocham moją wagę łazienkową. Chętnie bym ją cmoknęła jak rower w pompkę, ale wolę się nie schylać, bo mi jeszcze dysk wyskoczy, albo inny SKS (starość.. k.. starość..).  Rano z pewną dozą nieśmiałości weszłam  na wagę, a tu  szok .. 2,1 kg mniej!  Super! Jak będę chudła w takim tempie, to swój cel osiągnę naprawdę szybko. Pytanie: czy zależy mi na szybkości czy na trwałym efekcie? „Co nagle to po diable” , albo: „jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy” – mam gdzieś z tyłu głowy. Zatem, nie ma co szaleć. Będzie co ma być we właściwym czasie.
Póki co jestem dumna jak kogut co zniósł jajko :)

Iweta

Gdy widzę słodycze to kwiczę

Odchudzałam się wiele razy – raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, ale zawsze po jakimś czasie waga wracała jak bumerang, by pewnego dnia  zwalić mnie z nóg. Powodem były moje fatalne przyzwyczajenia. Wróg i przyjaciel w jednej „osobie” czyli słodycze. W moim rodzinnym domu  były one doskonałym rozładowywaczem stresów, pocieszycielem, zastępnikiem, wyzwalaczem dobrego humoru. Kiedy było mi smutno, a w zasięgu ręki nie miałam czegoś słodkiego, kręciłam sobie kogel-mogel. Babcia Gienia dodawała do niego parę kropel cytryny, żeby nie był zbyt mdły. Sama też wcinała ile wlezie. No i tak mi zostało do dzisiaj. Ale to nie może być byle jaki słodycz. Kupuję jedynie takie rarytaski, które preferuje moje podniebienie.
Co zrobić, żeby zmienić to przyzwyczajenie? No przecież nie zaszyję sobie pyszczycha ;)

Iweta